Czy rower szosowy endurance ma jeszcze swoje miejsce na rynku?
Czy rower szosowy typu endurance to właśnie ten, który wystarczy przeciętnemu amatorowi?
Zacznę od niepopularnej opinii. Zdecydowana większość ludzi, którzy marzą o aerodynamicznej ramie szosowej i obręczach 60 mm, tak naprawdę ich nie potrzebuje. Ponieważ od kilku lat jestem zadowolonym właścicielem szosówki typu endurance, postaram się przedstawić kilka powodów, dla których właśnie taki rower powinien wybrać przeciętny rowerzysta-amator.Endurance pokrywa szeroki zakres zastosowań
Od kilku lat jeżdżę na endurance'owym Superior X-ROAD Team Issue w lekko „podrasowanej” wersji. Kiedy go kupowałem, nie miałem pojęcia o różnicach między ramami rowerów szosowych. Po prostu podobał mi się design, kolor i opływowa „karoseria”. Jednak w miarę przybywania kilometrów, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to na pewno nie był zły wybór.
Tym razem jednak nie będę rozkładał roweru na czynniki pierwsze pod kątem wyposażenia czy komponentów – w końcu temat wyczerpałem już w „teście”. Mam jednak wrażenie, że ostatnio rowery szosowe endurance tracą nieco na popularności w środowisku kolarskim. I niesłusznie.
Trzeba przyznać, że media społecznościowe oddają branży rowerowej i sprzedaży szosówek endurance pewną niedźwiedzią przysługę, bo przecież każdy chwali się masywną rurą ramy i wysokimi obręczami. Ale kiedy ostatnio widzieliście na Instagramie ładny rower endurance?
W pierwszej kolejności powinienem zdefiniować siebie jako rowerzystę, bo to, co pasuje mi, niekoniecznie musi pasować komuś innemu. W zasadzie: im dłuższa trasa, tym lepiej dla mnie. Tylko ta wysoka średnia prędkość jakoś wciąż nie nadchodzi. Właściwie to dość skutecznie obalam twierdzenie, że kolarz szosowy powinien w każdych okolicznościach „walić” co najmniej 300 watów, mieć język zaplątany w zębatkę i średnią prędkość na każdej przejażdżce zaczynającą się co najmniej od cyfry 3.
A dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo wierzę, że zdecydowana większość z nas (a zwłaszcza ci, którzy dopiero planują kupić rower szosowy) jest taka sama. Jak więc oprzeć się pokusie wydania pieniędzy na wysoce efektywny rower aero, skoro kategoria endurance poradzi sobie z tym samym, tylko nieco wolniej?
Komfort, komfort i jeszcze raz komfort
Największą zaletą rowerów endurance jest komfort, jaki oferują. Osiąga się to na kilka sposobów.Zacznijmy od samej ramy roweru. Załóżmy, że każdy, kto poważniej myśli o kolarstwie i nie jest fanem garażowych składaków czy legend typu CAAD aluminium, skieruje się w stronę karbonu. Ponownie odwołam się do różnic w materiałach ram – otóż, karbon karbonowi nierówny.

Ale w skrócie, sposobem i kierunkiem układania włókien węglowych, a także ich grubością, możemy osiągnąć określone właściwości ramy. Rama będzie albo efektywna w przenoszeniu mocy, ale za to bardziej „tłukąca” (ramy z włókien high-modulus), albo poświęcimy sztywność, co sprawi, że rama będzie się bardziej „uginać”, ale zyska na właściwościach tłumiących (ramy z włókien mid-modulus).
Ponownie pojawia się pytanie – jeśli nie ścigam się, czy koniecznie potrzebuję sztywnej ramy? Czy cenniejsze jest dla mnie to, że będę gdzieś o kilka sekund szybciej, niż komfort podczas każdej przejażdżki?

Drugim sposobem, w jaki rama wpływa na komfort, jest jej geometria. Rowery endurance oferują bardziej wyprostowaną pozycję. Dłuższy rozstaw osi, większy stack, dłuższa rura sterowa, mniejszy kąt główki ramy – to wszystko sprawia, że na rowerze nie będziesz siedzieć „agresywnie”, a przy braku przyzwyczajenia kręgosłup podda się po kilkudziesięciu kilometrach. Rower będzie za to spokojniejszy i zaoferuje więcej materiału, który może tłumić drgania. I znowu wracamy do poprzedniego punktu.
Trzecim sposobem, w jaki można osiągnąć wyższy komfort na rowerze endurance, są koła i opony.
Jeśli jeszcze pozostanę przy ramie, te z kategorii endurance są generalnie bardziej hojne, jeśli chodzi o prześwit. Chociaż mam starszą ramę Superiora, teoretycznie powinienem zmieścić opony o szerokości do 40 mm. Jest jednak powszechne, że w przypadku ram endurance producenci liczą się z rozmiarem 32C i większym. W świecie profesjonalnego kolarstwa trend szerokich opon stale rośnie, ale tutaj swoją rolę wciąż odgrywa również aerodynamiczna efektywność całości.

Większy prześwit ramy umożliwia kolejny „myk”. Ponieważ rowery są standardowo dostarczane raczej z aluminiowymi kołami, zawsze istnieje możliwość zakupu karbonowego zestawu i zamontowania na nim wąskich opon na dobrą nawierzchnię. A oryginalne koła można z kolei założyć na opony o szerokości „ile rama zniesie”. W ten sposób zyskujesz prawdziwą maszynę all-round, która poradzi sobie również z okazjonalnymi skrótami o nieciekawej jakości asfaltu.

A co z gravelem?
Oczywistym pytaniem, które z pewnością teraz przyszło wam do głowy, jest: „No dobrze, ale czy nie opłaca mi się wtedy kupić gravela wyścigowego?” I możecie mi wierzyć, że to pytanie wielokrotnie pojawiało się u mnie. Jednak i tutaj można wziąć pod uwagę kilka czynników.Pierwszym z nich jest, oczywiście, dlaczego miałbym kupować gravela, skoro chcę jeździć głównie po szosie. Szersze opony są bez wątpienia świetną sprawą, ale w kolarstwie szosowym słynne gravelowe skróty to wciąż zaledwie znikomy procent wszystkich pokonywanych kilometrów. A jeśli już pokonuję ich więcej podczas jednej przejażdżki, można to ładnie załatwić wspomnianą zmianą kół.
Drugą kwestią jest przełożenie. Na pierwszy plan coraz częściej wysuwa się jednoblat. Polecałbym go, jeśli jeździcie po płaskim terenie. Jednak gdy tylko zacznie się jeździć więcej po górach, jednoblat staje się kompromisem – zarówno pod górę, jak i w dół. I tak, dwublat częściowo (i przyzwyczajeniem do innego przełożenia) mógłby to rozwiązać. Ale dochodzimy do trzeciej i najważniejszej zmiennej…
…a jest nią cena. Niezależnie od tego, z której perspektywy na to patrzyłem, za gravela w podobnej kategorii wagowej zawsze zapłacę więcej. Takie BMC Kaius to jednoznacznie rakieta, a Pinarello Dogma GR podobnie – w końcu nawet nowy Superior, którego przetestowałem w Belgii, dosłownie mnie zachwycił. Jednak gdy tylko człowiek zobaczy cenę, jakoś przechodzi mu ochota.
Sedno tkwi w tym, że na rowerze endurance co prawda nie pojeździcie po polu (chyba że jesteście masochistami z zawodu), jednak potrafi on zaoferować wiele zalet, które niosą ze sobą wyścigowe rowery gravelowe. I to za ułamek ceny.

Nie chcę, żeby w ostatecznym rozrachunku wyszło na to, że jestem hejterem rowerów aero czy specjalistycznych rowerów górskich – one z pewnością mają swoje miejsce wśród rowerzystów. Zwłaszcza jeśli mówimy o kolarstwie wyścigowym (zarówno profesjonalnym, jak i amatorskim), średnich prędkościach znacznie powyżej 30 km/h czy jeździe pod wiatr.
Jednak w ostatecznym rozrachunku i tak zawsze dochodzimy do tego nieprzyjemnego pytania – kupić coś, co jest ładne z wyglądu, ale dla mnie osobiście zbędne, dać się ponieść fali mediów społecznościowych, peletonu World Tour i zasadzie mostka wciśniętego aż do ramy? Czy może zdecydować się na „nudniejszą”, ale o wiele bardziej funkcjonalną alternatywę? Decyzja należy już do każdego z nas.





